Ręce delikatnie zadrżały, a oddech uspokoił się i miarowo pompował powietrze. Przymknęłam oczy, aby rozkoszować się tą chwilą jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Za każdy razem czułam się tak samo, ale teraz, w tej chwili - czułam, że ten dzień może zmienić moją podróż, a nawet resztę mojego marnego życia.
Nadal trzymając ręce pod powierzchnią wody, opuściłam nogi i luźno usiadłam na brzegu. Stopy zaczynały już drętwieć, nie mówiąc o rękach, w które od pewnego czasu uderzała fala górskiej wody.
Śpiew leśnych ptaków przerwało dopiero sapnięcie Dew'a, który najwyraźniej chciał dać o sobie znać. Uśmiechnęłam się lekko, po czym otworzyłam oczy. Znów miałam ochotę je zamknąć, rozkoszować się nadchodzącą chwilą, która być może nigdy się nie powtórzy. Z pewnością. Skuliłam nogi do klatki piersiowej, wyciągając drżące ręce z wody i przypatrując się im. Prawa była blada, drżąca, przemoczona i pełna powierzchownych ranek, z których nadal leciały strużki krwi. Liczyłam na to, że krótkie przetrzymanie pod wodą zatamuje krwawienie, jednak chyba się przeliczyłam. Głos uwiązł mi w gardle i gdy chciałam przełknąć ślinę - zadrżał. Nadal brnęłam w tym bagnie i nie zamierzałam go opuścić. Lewą, zdrową ręką, która była jedynie lekko posiniaczona i oziębnięta, przejechałam po palcu wskazującym, na którym rozcięcie powiększało się i krwawiło najbardziej. Zagryzłam wargę i wytarłam ręce o suknię, która wybladła od ciągłej wędrówki. Za sobą poczułam oddech Kipestshin'a, a później jego futro, ocierające się po moje plecy. Odwróciłam się do niego i lewą ręką przejechałam po grzbiecie. Uśmiechnęłam się szerzej. Gdyby nie Kipestshin i Dew - z pewnością byłabym już martwa. Delikatnie usunęłam rękę i wstałam z ziemi, otrzepując się z brudu, jaki był widoczny na moim ciele.
Nie miałam domu, jedzenia, planów na przyszłość... Każda minuta mojego życia była spontaniczna i skazana na samodzielność i zagładę. Stanęłam dopiero przy Dew, który wypoczywał niedaleko brzegu, wpatrując się w głąb lasu. Klęknęłam przy nim i ściągnęłam z jego grzbietu podręczną sakwę, z której wyciągnęłam kawałek rozdartego materiału i bukłak. Sprytnie owinęłam prawą rękę, tamując krwawienie, natomiast bukłak napełniłam wodą, biorąc jeden łyk.
Brakowało mi towarzystwa, choć z pewnością gdybym miała okazję na spotkanie z ludźmi - nie skorzystałabym i uciekła z lęku przed odrzuceniem. Często mnie spotykał - od narodzin, aż po dwudzieste drugie urodziny, które minęły zaledwie kilka tygodnie temu. Nie zamierzałam ukrywać mojego gniewu lub szczerości, która tak bardzo zrażała ludzi. Poczułam na sobie wzrok Kipestshin'a, wpatrujący się we mnie z oczekiwaniem. Zmrużyłam oczy i podniosłam pytająco brew.
-Zamierzasz się wpatrywać cały dzień? - syknęłam, na co Mantykora tylko mruknęła cicho pod nosem, nie przerywając czynności. Jego wzrok był niespokojny i oddalony od rzeczywistości. Strach. Niepokój. Kipestshin nie był wpatrzony we mnie, tylko w coś za mną!
Odwróciłam się, chowając za grzbietem Dew'a. W odległości dwóch metrów od nas stała dorosła kobieta, przypatrująca się Dew'owi i Kipestshin'owi. Liczyłam na to, że przybyła niedawno i jest szansa, że mnie nie widziała. Bez względu na to - odezwałam się, a ona z pewnością wiedziała o moim istnieniu. Trudno, rzuciłam w myślach. Zwinnie podniosłam się z ziemi i rzuciłam kobiecie odstraszające spojrzenie.
-Liczysz na to, że sobie pójdę? - zapytała z drwiną, po czym zbliżyła się kilka kroków w moim kierunku. Kipestshin natychmiast podniósł się z miejsca, stając na równe łapy i zaczynając cicho powarkiwać. Kobieta zatrzymała się i spojrzała na mnie niepewnie. - Jeśli go uciszysz, to nic Ci nie zrobię...
Skinęłam głową, na co Mantykora zamilkła i z powrotem ułożyła się na trawie. Gestem ręki zachęciłam do siebie 'wędrowca' i usiadłam przy Dew'ie. Wpatrywałam się w jej twarz, broń i ciuchy. Człowiek. Normalny człowiek, pomyślałam i ścisnęłam prawą pięść.
-Co tu robisz? - zapytała mnie, wyciągając zza pleców ogromną sakwę i rozwiązując ją. Wyjęła kromkę chleba i podała mi. Z zawahaniem sięgnęłam po nią.
-Dlaczego pytasz? Mieszkasz tutaj? - odpowiedziałam pytaniem, wpatrując się w ziemię. Usłyszałam śmiech, a kobieta kiwnęła głową. Oblałam się potem. - W takim razie przepraszam. Wędruję i nie patrzę, gdzie idę. Zależy mi na jak najszybszym czasie odejścia i jeśli Ci to nie przeszkadza, niedługo odejdę.
-Nie. Brakuje mi kogoś do towarzystwa, a tym bardziej mieszkańca Zielonej Krainy. - uśmiechnęła się, zagryzając chleb. Zadrżałam. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, ale wiem, że prawdopodobnie znalazłam to, czego szukałam od dawna. Dom, schronienie i, być może, przyjaciółkę. Uśmiechnęłam się blado i wzięłam kęs chleba. - Jestem Irina Grades.
-Jestem Yvoli Gahan. - przedstawiłam się, podając jej zabandażowaną rękę. - To jest Dew, a to Kipestshin. Moje Mantykory. - pokazałam na śpiących przyjaciół, na co Irina uśmiechnęła się z lekka.
Oparłam się o grzbiet Dew'a i przymknęłam oczy, rozkoszując się cudowną nocą w Zielonej Krainie. Granatowe niebo był upstrzone złotymi gwiazdami, a głuche pohukiwanie sów dodawało mi otuchy na jutrzejszy dzień.
-Niepowodzenia minęły? - zapytał cicho Kipestshin, kładąc łapę przy mojej ręce. Spojrzałam w jego głębokie, czerwone oczy i uśmiech, z którego wystawały dwa, ogromne kły.
-Chyba tak... - wyszeptałam, łapiąc go za łapę i przymykając oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz